Zaznacz stronę
Jakub Budzyński: Patologie na polskich uczelniach

Jakub Budzyński: Patologie na polskich uczelniach

Nepotyzm i nieformalne układy towarzysko-zawodowe są jednymi z ważniejszych problemów szkolnictwa wyższego w Polsce. Dotykają one głównie kierunków, które są tradycyjnie najbardziej oblegane i uchodzą za najbardziej prestiżowe, ale nie jest to reguła. Z nepotyzmem na polskich uczelniach można zetknąć się dosyć często, z pewnością łatwiej wskazać jego przykłady niż z nimi skutecznie walczyć. Jednocześnie jest to problem uniwersalny, występujący wśród ludzi chyba od zawsze, a najlepszym sposobem walki z nim jest osobista uczciwość i wysokie standardy moralne, a to dziś godna pochwały rzadkość.

Trzeba jasno stwierdzić, że walka z nepotyzmem nie ma na celu wytrzebienia z polskich uczelni wszelkich przypadków, w których to pracownicy jednego ośrodka naukowego są ze sobą w jakikolwiek sposób spokrewnieni. Niejednokrotnie potomkowie uznanych profesorów również wykazują się obiektywnie dużymi osiągnięciami na niwie naukowej, a na stopnie i tytuły przed nazwiskiem faktycznie zasługują. O nepotyzmie jako o patologii można mówić wtedy, gdy pracownik naukowy o kiepskim dorobku, ale ostały na uczelni „przez zasiedzenie” załatwia swemu pociotkowi, równie miernemu intelektualnie, stały etat i pewne miejsce w jednej z katedr. Cierpi na tym polska nauka, uczelnie i w efekcie studenci. Złośliwi nazywają współczesne uniwersytety „spółdzielniami”, które nie dbają o wynik naukowy, a o swój własny interes i wypuszczanie co roku jak najwyższej liczby absolwentów, którzy nierzadko są bardzo słabo przygotowani do zawodu.

1

Ponad dwa lata temu walkę ze zjawiskiem nepotyzmu na polskich uczelniach rozpoczęła ówczesna Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Barbara Kudrycka. Z dniem 1 października 2011 roku w życie wszedł przepis, zgodnie z którym pomiędzy dwoma spokrewnionymi ze sobą pracownikami naukowymi nie może zaistnieć bezpośrednia zależność służbowa. Gdy przetłumaczymy język prawniczy na język codzienny, przepis ten stanowi, iż kierownik danej katedry lub zakładu nie może zatrudnić w jednostce, którą zarządza, nikogo ze swoich krewnych. Regulacja ta ma tyluż zwolenników, ilu krytyków. Zwolennicy przepisu wskazują na wyeliminowanie dość powszechnego przedtem zjawiska, polegającego na tym, że rodzic bywał bezpośrednim przełożonym swojej córki lub syna. Taka sytuacja jest z gruntu niejasna, ale przeciwnicy nowych regulacji zwracają uwagę na to, że nowe uregulowania nie wyeliminowały istoty problemu, która polega na tym, iż pracownicy jednego ośrodka naukowego często są zaprzyjaźnieni, więc dzięki układom towarzyskim mogą wzajemnie wyświadczyć sobie przysługę, zatrudniając dzieci swoich znajomych. Prawo można również obejść drugą stroną. Wystarczy sztucznie podzielić katedrę na dwie, niezależne i równorzędne jednostki.

Czasami w grę wchodzą naprawdę poważne pieniądze, ponieważ nepotyzm przekłada się również na przydzielanie niekiedy bardzo wysokich grantów dla z góry wskazanych badaczy. Dotyczy to głównie promowanych dziś kierunków ścisłych, które charakteryzuje duży współczynnik innowacyjności. Wiosną 2013 roku ogólnopolskie media informowały o dużych nieprawidłowościach w finansowaniu badań na Politechnice Wrocławskiej. Podstawione osoby, będące krewnymi bądź małżonkami pracowników tej uczelni, figurowały jako autorzy publikacji na temat robotyki i informatyki. Prokuratura ustaliła, że mogło dojść do wyłudzenia nawet miliona złotych od Skarbu Państwa.

Na niektórych uczelniach, jak na przykład na Uniwersytecie Wrocławskim usiłowano wprowadzić wewnętrzne regulacje, rozszerzając zakres ich obowiązywania z  poziomu katedr czy zakładów do całych wydziałów, ale i tam propozycja ta napotkała na opór władz uczelni. „Rzeczpospolita” jako skrajny przykład ułomności funkcjonowania nowego prawa wskazuje Uniwersytet Rzeszowski, na którym Wydział Prawa tworzy dziewięćdziesięciu pracowników naukowych, a dwudziestu czterech z nich to osoby spokrewnione. Przy tworzeniu nowych przepisów zapomniano bowiem wskazać, kto zgodnie z prawem miałby weryfikować stopień spokrewnienia między pracownikami. Nasuwa się refleksja o zdroworozsądkowym stosowaniu prawa, ale polska kultura prawna pod tym względem jeszcze kuleje.

2

Być może warto zastosować metodę, która skutkuje u naszych zachodnich sąsiadów czy w Stanach Zjednoczonych. Tam absolwent nie ma prawa rozpocząć studiów trzeciego stopnia na swojej macierzystej uczelni. Po uzyskaniu stopnia doktora młody naukowiec znowu musi zmienić uczelnię. Jest to również system motywujący do twórczej pracy, który znacząco ukróca osiąganie kolejnych stopni kariery naukowej „po starej znajomości”.

Podobnym do nepotyzmu problemem są nieformalne układy w ramach kadry profesorskiej na uczelniach medycznych. Znowu wina tkwi w systemie, który zasadza się na rozliczaniu uczelni z ilości, a nie jakości tworzonych tam prac. Istnieją przypadki, kiedy w ciągu jednego roku jeden promotor potrafił wypromować od czterech nawet do dziesięciu doktorantów. Jest to praktycznie ilość hurtowa i trudno mówić o wysokim poziomie prac przygotowywanych w takich warunkach. Dodatkowo promotorzy podsuwają sobie nawzajem prace podopiecznych, by w majestacie prawa móc dopisać kolegów z innych katedr do grona opiekunów naukowych doktoranta. Ponadto przyjacielskie układy pomiędzy promotorami znacznie ułatwiają zdobycie przychylnej recenzji, szczególnie teraz, gdy potrzebne są przynajmniej dwie pozytywne recenzje z zewnątrz. Ustawa z 2011 roku stanowi niestety niewielkie utrudnienie takich praktyk. Wspomniane wcześniej przeze mnie określenie „spółdzielnia” zatem wcale nie jest nadużyciem.

Problem nepotyzmu na polskich uczelniach ustałby chyba dopiero wtedy, gdy głównym parametrem oceny pracy naukowej stałaby się nie ilość, a jakość jej przejawów. Godziwe wynagrodzenie za twórczą pracę naukową, poprzedzone wnikliwą weryfikacją efektów pracy być może mogłoby zamienić „być czy mieć” w „być i mieć”.

Jakub Budzyński

2014-01-12_10h12_28

Małgorzata Ozdoba: Koło Naukowe Instytutu Fizyki UJ leci w kulki

Małgorzata Ozdoba: Koło Naukowe Instytutu Fizyki UJ leci w kulki

 

Zainteresowanie fizyką, szczególnie jej praktycznym aspektem, nie jest najmocniejszą stroną naszego społeczeństwa. Najczęściej można usłyszeć opinie, że to kwestia niezmiernie trudna, oderwana od realnego życia i tak naprawdę mało potrzebna przeciętnemu zjadaczowi chleba. Z tym poglądem próbują walczyć studenci z Koła Naukowego Instytutu Fizyki UJ. W porozumieniu z kolegami ze Słowenii przenieśli do Polski Eksperyment Łańcuchowy. W tym roku rusza druga edycja konkursu.

fizyka

Cała idea opiera się na popularyzowaniu fizyki wśród dzieci i młodzieży. Konkurs adresowany jest przede wszystkim do nich- mogą zgłaszać się w grupach szkolnych lub rodzinnych pod okiem opiekunów. Dzięki nauce przez zabawę młodzi ludzie poznają praktyczną, a więc ciekawszą stronę fizyki. Aby wystartować w konkursie, należy stworzyć urządzenie, którego zadaniem będzie przetransportowanie metalowej kulki (przy rejestracji zgłoszenia każda drużyna otrzymuje dwie). Cała trudność polega jednak na tym, że po drodze kulka musi wywołać jak najwięcej zjawisk fizycznych, których autorzy instalacji będą świadomi i o których opowiedzą komisji konkursowej w trakcie finału.  Oceniane są między innymi złożoność urządzenia, kreatywność i właśnie zrozumienie zachodzących w nim zjawisk fizycznych. Komisja składa się z pracowników naukowych uczelni, przyznawana jest także nagroda publiczności. W czasie finału wszystkie urządzenia są łączone i uruchamiane. Ich autorzy tłumaczą w tym czasie zasadę działania instalacji. To impreza łącząca pokolenia. Przyjeżdżają zarówno grupy szkolne pod kierownictwem nauczycieli, jak i całe rodziny- przedszkolaki z rodzicami i dziadkami. Nawet najmłodsi uczestnicy wiedzą, dlaczego kulka się przemieszcza- oczywiście wszystko adekwatnie do wieku i możliwości młodego fizyka. Organizatorzy dzięki videokonferencji łączą się także z kolegami ze Słowenii. Dzięki temu polscy uczestnicy mogą obejrzeć urządzenia skonstruowane przez Słoweńców i odwrotnie- finały obu edycji odbywają się w tym samym czasie.

N-wheel1

Wydaje się, że to doskonały pomysł na promowanie fizyki. Co więcej, cieszy się on sporym powodzeniem- podczas finału pierwszej, zeszłorocznej, edycji do Krakowa przyjechało 100 drużyn z całej Polski, aby pokazać swoje urządzenia. W tym roku prawdopodobnie będzie ich jeszcze więcej.  – W ubiegłym roku to było duże przedsięwzięcie, którego zasięg przerósł nasze oczekiwania. W tym roku to wszystko tak się rozrosło, że organizacja stała się dużym wyzwaniem logistycznym. Na razie sobie radzimy. – mówi Agnieszka Jamka, wiceprzewodnicząca Koła Naukowego Instytutu Fizyki UJ.

Theoritical-Physic-Magazine-The-Physics

Studenci postawili na promocję wydarzenia, a tym samym fizyki, w szkołach i przedszkolach w województwie małopolskim- mają przygotowany zestaw demonstracyjny, składający się z urządzeń, które zbudowali sami, jak i tych przekazanych przez ubiegłorocznych uczestników. Pokazują i objaśniają młodzieży zasadę działania poszczególnych instalacji, zachęcają do wzięcia udziału we wspólnej zabawie. Prowadzą także stronę internetową konkursu (http://www.lancuch.if.uj.edu.pl/), która, choć mało atrakcyjna wizualnie, dostarcza wszelkich niezbędnych informacji o regulaminie, przebiegu i historii Eksperymentu Łańcuchowego.

physics-physicists-wallpaper-physics-31670011-2560-1600

Niezmiernie cieszy fakt, że udało się podjąć działanie, które wyprowadza fizykę z uczelni, gdzie dotąd zamknięta była w salach wykładowych i laboratoriach. Ogromne zainteresowanie projektem u drużyn z całej Polski pozwala mieć nadzieję, że uda się odczarować tę fascynującą dziedzinę i pobudzić młodzież do kreatywnego myślenia, przynoszącego w przyszłości korzyści nie tylko uczelniom, ale i całej gospodarce. A nie od dziś wiadomo, że najlepiej uczyć się przez zabawę. Lećmy więc w kulki!

Małgorzata Ozdoba

ozdoba